czwartek, 6 listopada 2014

Epilog



            Szpital św. Pawła
Barcelona, Hiszpania
Pokój 202
piątek, 13 lutego 2013

Oni myślą, że umrę.
Wiem to z ich rozmów.
Myślą, że nie słyszę, ale ja rozumiem wszystko, co wypowiadają.
Ja żyję! – chcę krzyczeć. Będę walczyć.
Ale nie mogę mówić.
Nie mogę wypowiedzieć ani jednego cholernego słowa.
Wiem, że leżę w szpitalu i że mogę umrzeć. Wszyscy myślą, że nie mogę ich usłyszeć. Nie mogę się tylko poruszyć, nawiązać kontaktu. Ale ja muszę dać im znak.
Twierdzą, że mój stan jest zły. Rozumiem terminy: „złamana miednica”, „uraz głowy”, „wstrząśnienie mózgu”, „poronienie”.
Chcę się poruszyć, choćby unieść palec lub jęknąć, ale nie mogę.
Jestem podłączona do tych maszyn. Cała technologia, która śledzi moje funkcje życiowe, nie daje żadnej wskazówki, że wiem, co się dzieje. Jestem uwięziona we własnym ciele.
- Rodzina pytała, ile czasu jej zostało – odzywa się pielęgniarka obecna na sali.
- Proszę im powiedzieć, że dwadzieścia cztery godziny – odpowiada lekarz wychodząc z pomieszczenia.
Nie! To pomyłka! Jestem tutaj! Żyję.. i wyzdrowieję!
Gdybym była w stanie krzyknąć, albo choćby szepnąć!
Och, Boże, gdyby dali mi więcej czasu!
Gdybym tylko miała okazję powiedzieć Sergiemu, jak bardzo go kocham… jak bardzo mi na nim zależy…

 
Barcelona, Hiszpania
Costa Brava
piątek, 17 lipca 2015

- Ma-maa! – Rico wyciągał ramionka, żebym posadziła go na kolana. Podparłam się łokciami na ręczniku, żeby synek mógł usiąść.
- Cześć, wielkoludzie – pocałowałam go w główkę, gdy usiadł. Boże, kochałam to dziecko nad życie. Pozwalał mi zapomnieć o stracie pierwszego. – Zostawiłeś tatusia?
- Ta-tuuś kąpie!
Zaparzyłam się na morze, z którego co jakiś czas wynurzał się Sergi.
Pomyśleć, że mogłam go stracić. Mogłam ich stracić.
- Nie, ta-tuuś! Nie chowaj się!
- Już jestem, wielkoludzie! – porwał go w ramiona i bujał na wszystkie strony świata.
- Samolot! – Rico piszczał z radości.
- No witam, słońce – zwrócił się do mnie z seksownym uśmiechem.
Nie mogłam się oprzeć – zarzuciłam mu ręce na szyję i pocałowałam tak długo i mocno, jakby miał być to nasz ostatni pocałunek.
- Jesteś najlepsza – powiedział trzymając wiercącego się synka na rękach. – Nie oddam Cię za nic na świecie.
- Dopóki mnie kochasz… będę przy Tobie zawsze i o jeden dzień dłużej.
- Mam dla Ciebie walentynkowy prezent. – Diabolicznie uniósł brew.
Pokręciłam głową.
- W lipcu? – Zaśmiałam się. - Mam przeczucie, że Twój prezent nie nadaje się do wręczania przy dziecku.
- Uśmiechnął się i spojrzał na niego.
- Też racja. Kiedy jest pora Twojej drzemki, Rico?
__________________________________________________________

Chciałabym podziękować wszystkim tym, którzy poświęcili czas na czytanie tego opowiadania. Nie wiedziałam, że będzie czytała go większa liczba osób niż 2. Myliłam się. Dzięki wielkie jeszcze raz!
Chciałabym również przeprosić. Oczywiście i przede wszystkim za przerwy między rozdziałami. Uwierzcie, długo musiałam czekać na weny. Przepraszam również za to, że bloga kończę tak szybko. Niestety, jakieś 5-7 jedynek o czymś świadczy.
Pozdrawiam i dziękuję za poświęcony czas!
Natalia
ps. zostawiam Was z muzyczką klik (dedykejszyn for Majkejszyn)

piątek, 19 września 2014

Rozdział 7

Obudziłam się wtulona w mężczyznę, z którym zaszłam w ciążę. Długo nie mogłam w to uwierzyć. Patrząc na niego, uśmiechnęłam się. Śpi.
Położyłam rękę na swoim brzuchu. W moim ciele rozwija się dziecko. Nasze dziecko.
- Podziwiasz mnie? - zapytał Sergi przyciągając mnie do siebie.

- Oj tak. - Delikatnie musnęłam go w usta.
- Musimy jechać na badania, wiesz? - Podniósł moją bluzkę i pocałował brzuch. Przymknęłam oczy.
- Jak tylko wstanę zadzwonię do lekarza. Jestem taka szczęśliwa...
- Kocham Was.


2 godziny później byłam już po pierwszej "ciążowej wizycie". Dowiedziałam się, że dziecko rozwija się poprawnie - i co najważniejsze - jest zdrowe.
- Mów, skarbie! - jęknął Hiszpan, gdy tylko zobaczył mnie w drzwiach.
- Będziemy mieli synka! - powiedziałam, a wszyscy pacjenci nagrodzili nas brawami.
- Dobrze się facet postarał! - krzyknął któryś. Roześmiany Roberto pokłonił się.
- Będzie piłkarz - zasalutował.
- Akurat - prychnęłam.
- Zoba... - chciał dokończyć, ale przerwałam mu pocałunkiem.
- Chodźmy już. - Trzymając się za ręce wyszliśmy z budynku, kierując się w stronę NASZEGO auta. Gdy Sergi otworzył mi drzwi, wsiadłam do środka. Podczas gdy obchodził samochód, wyjęłam z szufladki radio i włożyłam je na poświęcone mu miejsce. Samochód wypełnił się hiszpańską muzyką i zapachem "Robertowskich' perfum.
- Jakieś życzenia? - powiedział przekręcając kluczyki w stacyjce.
- Tylko jedno. Chcę do Twojego białego pałacu.
- I co będziemy tam robić? - mruknął. Uśmiechnęłam się, unosząc brwi. - Jedziemy.

Chwilę później byliśmy już na podjeździe. Wysiedliśmy z auta i zamknęliśmy je za sobą. Sergi podbiegł do mnie i chwycił moją rękę.
- Moja księżniczka - powiedział otwierając wejściowe drzwi.
- Krystian.
- Co? - Podszedł do mnie tak blisko, że dotykaliśmy się nosami.
- Nazwiemy go Krystian - odparłam dotykając brzucha.
- Nie zgadzam się.
- Mówisz? - Przygryzłam jego wargę.
- Aha - szepnął wsuwając język.
- Mam inne zdanie - powiedziałam odchylając głowę. Położyłam badawczo rękę między jego nogami. Uśmiechnęłam się. - Wygrałam?
- Dla Ciebie wszystko, skarbie... - Całował mnie w szyję, zjeżdżając niżej, po rowek między piersiami.
- Sergiusz - szepnęłam łamiącym się głosem. - Sergi... O Boże.
- Już, kochanie. - Wziął mnie na ręce i przeskakując po schodach co dwa stopnie, zaniósł w nasze ulubione miejsce.


Obudziłam się około godziny 19, gdy Roberto nie było już w łóżku. Wyciągnęłam się i przetarłam oczy. Wstałam, pozbierałam leżące obok łóżka ubrania i nałożyłam je na siebie. Z uśmiechem spojrzałam na łóżko. Było gorąco - pomyślałam. Schodząc po schodach usłyszałam śpiew dobiegający z łazienki. Zbiegłam i po cichu weszłam do środka. Usiadłam na sedes i słuchałam.
- Blaaaugraana al veent, uun crit valeent...
- A Amore mio to już mi nie zaśpiewasz, co? - zaśmiałam się. Zdezorientowany Sergi uderzył głową w kabinę, czym rozbawił mnie do łez. - Kochanie, przestań już proszę, ja tu nie wytrzymam!
- Co.. jak Ty tutaj...? - Sergi trzymał rękę w miejscu, gdzie zderzył się z kabiną.
- Nie było Cię w łóżku. Dlaczego mnie nie obudziłeś? - Hiszpan wysunął rękę i machnął nią w stronę szafki, na której leżał telefon.
- Zobacz sobie. - Wzięłam go do ręki i odblokowałam. Na jego tapecie zobaczyłam siebie. Śpiącą siebie.
- Ty draniu! - Zaśmiałam się odkładając telefon i ruszając w sronę kabiny. - Zabiję Cię. - Otworzyłam ją i weszłam do środka. Przyciągnął mnie do siebie i pocałował namiętnie. - Jesteś cały mokry!
- A to Ci nowina, nie? - Odkręcił kurek i strumień zimnej wody zleciał wprost na mnie. Wybiegłam spod prysznica szybciej niż do niego weszłam.
- Teraz muszę się przebrać - jęknęłam.
- Jedziesz gdzieś?
- A Ty?
- Jadę na mecz. Będę grał na ławce, za to mi płacą - powiedział, a ja wybuchnęłam śmiechem.
- Ja jadę na miasto. Może kupię jakieś ciuszki dla małego.
- Czym pojedziesz?
- Wypożyczę auto - wzruszyłam ramionami.
- Weź moje, nie mam daleko.
- Dziękuję, odwdzięczę Ci się!
- Też Cię kocham! - krzyknął gdy już zamykałam drzwi łazienki.

Szybko pobiegłam się przebrać. Poprawiłam makijaż i po chwili byłam już na dole. Wzięłam w rękę torebkę, sięgnęłam po kluczyki i wyszłam z domu. Spojrzałam na Audi. Biały rumak. Bajka. Otworzyłam samochód, rzuciłam torebkę na pasażerskie siedzenie i zamknęłam drzwi, gdy tylko weszłam do środka. Taki zaszczyt to mnie jeszcze nie kopnął. Przekręciłam kluczyki i wrzuciłam wsteczny. Wjechałam na ulicę, wykręcając auto w kierunku centrum.
Po kilku minutach jazdy zaczęło kręcić mi się w głowie. Czułam pulsowanie w skroni. Przed oczami miałam czarną otchłań. Jedyne co widziałam to zamazane czerwone światło. Boże, dopomóż - modliłam się w. Nie mogąc wytrzymać bólu, który mnie towarzyszył, schowałam głowę w dłoniach i skuliłam się na siedzeniu. Zupełnie straciłam panowanie nad samochodem. Trzask! Samochód kilkakrotnie przekoziołkował w dół jakiegoś zbocza.
- NIE! BOŻE! - krzyknęłam gdy samochód zatrzymał się z hukiem uderzając jego lewą stroną o ziemię.


poniedziałek, 14 lipca 2014

Rozdział 6


Przedzierając się przez szpitalne korytarze szukałam drzwi z numerem 43. Morata był ze mną. Tuląc mnie do siebie, powtarzał, że wszystko będzie dobrze. Że to nie moja wina. Ale czyja jak nie moja? Nie zatrzymując się wyciągnęłam z torebki tabletkę. Połknęłam ją nie popijając. 36, 37, 38… przyspieszyłam kroku. Sala, w której leżał Sergi, była niedaleko. Czego się spodziewać? Człowieka całego w gipsie? Człowieka w śpiączce? Człowieka w ogóle nie podobnego do siebie?
- Wszystko będzie dobrze – powtórzył po raz kolejny Alvaro, widząc moje zmartwienie.
- Akurat – mruknęłam i zatrzymałam się przed salą numer 43. – To tutaj.
- Uśmiechnij się, na pewno nie chce widzieć Cię smutnej.
- Dobrze – sztucznie uśmiechnięta weszłam do sali. Ku mojemu zdziwieniu stan Sergiego nie był tragiczny. Miał lewą rękę w gipsie i trochę obdartą twarz po tej samej stronie.

- Kochanie! – pisnęłam podbiegając do leżącego piłkarza. Pocałowałam go w prawy policzek, kiedy przyciągnął mnie do siebie zdrową ręką. – Przepraszam!
- To nie Twoja wina. Moja też nie – odpowiedział przeczesując moje włosy. – Cześć – wyciągnął rękę w stronę Moraty.
- Witam i o zdrowie pytam – uśmiechnął się piłkarz z Madrytu, ściskając dłoń Roberto.
- Nie jest źle tylko.. – spojrzał na gips – trochę się obdarłem.
- Kiedy wychodzisz? – spytałam głaszcząc jego policzek.
- Jeszcze dzisiaj. Muszą tylko sprawdzić, czy z głową wszystko okej. Welcome psychiatric!
- Panie Roberto – pielęgniarka wychyliła głowę zza drzwi. – Policja chciałaby spisać zeznania. Czy…
- Tak, niech wejdą – przerwał jej wiecznie uśmiechnięty Sergi. Odwzajemniła uśmiech i przepuściła stojących za nią policjantów.
- Dzień dobry, panie Roberto – odezwał się jeden z nich, podnosząc czapkę.
- Dla kogo dobry, dla tego dobry – odpowiedział zadzierając podbródek.
- Roozumiem. Czy mogliby państwo opuścić salę na czas przesłuchania? – zwrócił się do mnie i Alvaro drugi.
- Jasne, czemu nie – pocałowałam leżącego piłkarza w policzek. – Czekamy przed szpitalem.
Wychodząc z sali zrobiło mi się słabo, ciemno przed oczami. Poczułam skurcz w dolnej części brzucha. Oparłam się o ścianę, ściskając koszulkę.
- Natalia, wszystko w porządku? – zapytał przestraszony Morata, ściskając dłonie na moich barkach.
- Tak, tak – syknęłam z bólu. – Wszystko.. ok.
- A ja jestem piłkarzem Barçy – prychnął.
- Już mi lepiej – odepchnęłam się od ściany.
- Ile widzisz palców? – wyciągnął dłonie przed moje oczy.

- 11? – zaśmiałam się i dźgnęłam go w brzuch. – No chodź.
Siedzieliśmy na ławce, kiedy po dwóch godzinach czekania ze szpitala wybiegł Sergi.
- Odbijany – powiedział krzywo patrząc na Alvaro.
- Spokojnie, kocie – wstałam i zarzuciłam mu ręce na szyi, szepcząc do ucha – Twoja.
- Wiem – objął mnie ręką w talii. – Too kolego, podrzucisz nas do domu?
- Czemu nie? – uśmiechnął się Morati. – Ale wisisz mi samobója.
- Cwaniaczek – zaśmiał się Sergi. Zrobiłam to samo. Cudowne uczucie, widzieć dobre relacje dwóch piłkarzy z przeciwnych klubów.
- Pakujcie się – otworzył nam drzwi. Czarna Toyota wyglądała w środku tak samo pięknie jak na zewnątrz. Mogłabym taką mieć. Nigdy nie znudziłyby mi się te wygodne siedzenia ze skóry. W samochodzie unosiła się woń zapachu przymocowanego do klimatyzacji. Facet dbał o auto jak Ronaldo o sylwetkę.
Jechaliśmy półtorej godziny, słuchając radiowej muzyki i śmiejąc się z głupot. Takie towarzystwo na imprezie nigdy nie wróżyłoby katastrofy. Dzięki naszemu GPS’owi, Roberto, dojechaliśmy na miejsce. Samochód w końcu zatrzymał się, przed białym domem z basenem. Pierwsze wrażenie? Myślałam, że pomyliliśmy adresy.
- To na pewno tutaj? - zapytałam Sergiego.
- Dziękuję, też na niego nie narzekam – spojrzał na budynek. – A teraz chodź, pomieszkasz u mnie.
- Ale moje rzeczy.. wszystkie są w madryckim hotelu.
- Nie bój się księżniczko, wszystkie do Ciebie wrócą – złapał mnie za rękę i pociągnął na zewnątrz, zamykając za nami drzwiczki. Stanęliśmy przed wycofującą Toyotą i pomachaliśmy Moracie na pożegnanie. Sergi pocałował mnie w usta, gdy samochód jeszcze był do nas przodem. Prawdopodobnie chciał wzbudzić u Alvaro zazdrość.
- To tak się dziękuje za podwózkę? – przygryzłam jego wargę.
- Mogłem mu przyłożyć, ale miał większe szanse.. ręka.
- To tylko kolega. A teraz chodź, oprowadzisz mnie po Twojej szopce.
Dom był naprawdę niesamowity. Dominował kolor biały – podłogi, ściany, meble. Wszystko wyglądało jak z bajki. Domyślam się, że dom ulegał kilku remontom.
- Napijemy się czegoś? – zaproponował.
- Masz mrożoną herbatę? Dobrze by mi zrobiło coś chłodnego – usiadłam przy stole.
- Mam, bo czego ja nie mam – podszedł do lodówki.
- Chomikujesz?
- Dokładnie. Picz? – zaśmiał się wskazując na butelkę brzoskwiniowej Nestea.
- Tak – zaśmiałam się. Postawił na stole dwie szklanki z napojem i przysiadł się. Rozmawialiśmy o wszystkim i o niczym, dowiadując się o sobie coraz więcej, kiedy skurcz złapał mnie ponownie.
- Przepraszam, zostawię Cię na chwilkę samego.

Nie czekając udałam się z torebką do łazienki. Podejrzewałam wtedy wszystko. Zamknęłam za sobą drzwi. Wyciągnęłam zakupiony już w Polsce test ciążowy i zrobiłam co należało.
- Sergi.. ja.. – zaczęłam, wracając po dłużej nieobecności.
- Słoneczko, co się stało? Dlaczego nie było Cię tak długo? Wszystko ok? – przytulił mnie.
- Ja.. ja nie wiem – wyszeptałam ze łzami w oczach.
- Księżniczko – spojrzał mi w oczy kładąc ręce na talii.
- Nie wiem jak Ci to powiedzieć.
- Śmiało.. a co tam masz? – chwycił za moją dłoń, wyciągając powoli zaciśnięty w niej przedmiot. Spojrzał na niego, po czym wymacał z tyłu krzesło i upadł na nie.
- Ja.. przepraszam – wyszeptałam patrząc przez łzy w jego zamyślone oczy. – Przepraszam.
_____________________________________________
Wena mnie dzisiaj nie nawiedziła, no ale cóż. Trzeba było napisać, bo na wsi nie będzie jak.. Udanych wakacji życzę!:*

środa, 18 czerwca 2014

Rozdział 5



Mijały dnie, tygodnie. Sergi dzwonił coraz rzadziej. Tłumaczył to częstszymi treningami. Kłamał. Na pewno kłamał. Dawał mi coś do zrozumienia.
Rodzicie nie pozwolili mi wrócić do Barcelony. Widzieli, że zależało mi na powrocie. Zastanawiało ich to. Zaproponowali mi za to kilkudniowy wyjazd do Madrytu. Postanowiłam, że pojadę i odwiedzę dawnych znajomych.
Z Damianem wyjaśniłam sobie wszystko. Obaj stwierdziliśmy, że dalsza znajomość nie ma sensu. Pogodził się z tym. Powiedział, że jeśli będę miała problem, zawsze mogę się do niego zwrócić. Akurat.

Przeszłam obok słynnego madryckiego stadionu wokół którego gromadziło się mnóstwo kibiców. Wyjęłam swój aparat i zrobiłam kilka zdjęć. Lubiłam to robić. Pamiętam, że zawsze gdy oglądałam zdjęcia zrobione na weselu koleżanek powtarzałam, że tym będę się zajmować. Skończyło się na tańcu.
Usiadłam na ławce. Wyciągnęłam lusterko i przyjrzałam się sobie. Wyciągnęłam szminkę i poprawiłam nią usta. Schowałam kosmetyk do torebki. Wstając, głośno westchnęłam. Poczułam na ramieniu ciepło czyjejś dłoni. Usiadłam z powrotem. Przerażona powoli odwróciłam głowę i spojrzałam w górę.

- A Ty to..
- Co, tak piękna blondyna, robi sama przed tym cudownym stadionem? – przerwał mi przystojny mężczyzna.
- Pewnie siedzę – odwróciłam głowę, i spojrzałam na obiekt znajdujący się przede mną przez okulary przeciwsłoneczne. – Nie pomogę Ci w niczym, jestem z Polski.
- Po części tu mieszkam – uśmiechnął się szeroko i przysiadł się. – Mogę?
- Przecież już siedzisz.
- Chcesz tu wejść? – wskazał na stadion.
- A Ty to kto? – podniosłam okulary. – Justin Bieber?
- Na szczęście nie – roześmiał się. – Alvaro Morata, piłkarz Realu, joł.
- Co ja mam do tych piłkarzy..
- Znasz już jakichś?
- Tak. Szczególnie jeden jest mi bliski.
- Kto to taki? Może znam – zainteresował się piłkarz.
- Sergi Roberto – uśmiechnęłam się. – Wiesz co? Może jednak zobaczę ten stadion i porównam go do Camp Nou.
- Bez porównania – powiedział Morata, zakładając ręce na piersi. – Zapewniam Cię.
- Sama się przekonam – pokazałam mu język i wstałam. – Prowadź.
Piłkarz zrobił to samo i wziął mnie pod ramię. Przeszliśmy przez główne wejście Bernabeu. Szybkim krokiem zaprowadził mnie na murawę. Na trybunach znajdowało się wielu kibiców, którzy po naszym wejściu zaczęli klaskać. Morata pomachał im i uśmiechnął się.

- Nasze królestwo.
- Czy każdy piłkarz nazywa swój stadion zamkiem? – Morata wyszczerzył się.
- Zdecydowanie – odpowiedział. – A teraz chodź, zaprowadzę Cię w nasze najdroższe miejsce.
- Zapowiada się ciekawie – złapałam go za rękę. Zeszliśmy schodami w tunel, przez który piłkarze przemierzają wchodząc i schodząc z meczu. Zatrzymaliśmy się przed białymi drzwiami, zza których dobiegał śmiech. Położył dłoń na klamce.
- Żartujesz.. – jęknęłam podekscytowana, ledwo wydobywając z siebie dźwięk.
- Nigdy w życiu nie byłem tak poważny – nacisnął. Drzwi ustąpiły. Alvaro pociągnął mnie za sobą do szatni i zamknął drzwi. Piłkarze zaniemówili. Słyszałam bicie swojego serca. Zaczęło wirować mi w głowie.
Mój wzrok utkwił na najprzystojniejszym z piłkarzy. Na jedynym, którego stąd kojarzyłam. Wlepiłam w niego wzrok nie zwracając uwagi na to, że patrzył się w moje oczy. Uśmiechnął się w moją stronę.
- Cr... Cris… - przełknęłam ślinę. – Morata, trzymaj mnie.
- Em... to jest… - Alvaro podrapał się po głowie. – Polka.
- Twierdzenie „Polski są najpiękniejsze na świecie” uważam za potwierdzone – powiedział niejaki Isco, wlepiając we mnie wzrok.
- Natalia – uśmiechnęłam się odrywając wzrok od Ronaldo.
- Siadaj tu, mycha – Cris poklepał zapraszająco wolne miejsce na ławce. – Ángel lubi lejdiczki.
- Czy ja umarłam? – usiadłam obok piłkarzy. Portugalczyk ułożył moją głowę na swoim ramieniu.
- Najwidoczniej – zaśmiał się odgarniając z oczu moje włosy.
- Ua – gwizdnął piłkarz z dwunastką na koszulce.
- Irka będzie zła.
Zadzwonił mój telefon. Sergi. Od zawsze miał wyczucie czasu..
- Natalia, kochanie? – usłyszałam po wciśnięciu zielonej słuchawki. – Dawno nie gadaliśmy.
- Nie zaprzeczę – mruknęłam.
- Gdzie jesteś?
- W Hiszpanii.
- Świetnie! Dlaczego nie zadzwoniłaś? Gdzie dokładniej?
- W Madrycie.
- A dokładniej?
- W Santiago Bernabeu.
- Co Ty tam.. – przerwał. – Gdzie dokładniej?
- W szatni…
- A dokładniej?
- Jezu, Sergi, nie siedzę w żadnym piłkarzu – w szatni rozległ się śmiech.
- Przecież nie sugeruję – roześmiał się. – Jadę po Ciebie, nie będziesz tam siedziała.
- Ale siedzę.
- Wolisz ich ode mnie? – jego głos posmutniał.
- Przyjedź – rozłączyłam się. – Zaraz zjawi się tu Sergi… mam nadzieję, że Wam to nie przeszkadza.
Wszyscy piłkarze spojrzeli pytająco na piłkarza z trójką.
- Nic mu nie zrobię, obiecuję! – piłkarz zgiął ręce w łokciach, tak, że zewnętrzną ich stroną dotknął ciała. – A poza tym, on będzie tu za jakieś 2 godziny. Raczej mnie tu nie będzie.
- Chcesz coś zjeść, Natalie? – uśmiechnął się w moją stronę Morati.
- Chętnie – odwzajemniłam uśmiech.
- Może gdzieś ją zabierzemy? – objął mnie ramieniem Cristiano. Oparłam się na nim.
- W sensie… - uniósł znacząco brwi piłkarz składający koszulkę z czwórką.
- A ten tylko o jednym – złapał się za głowę Isco.
- Chodziło mi o restaurację, Sergio – westchnął CR7. – Co Ty na to? – zwrócił się do mnie.
- Ale Sergi nie…
- Zadzwonisz do niego i powiesz, że jesteś gdzie indziej i po problemie – uśmiechnął się.
- W porządku – rozluźniłam się.
- Tak trzymać – pocałował mnie w policzek. Miałam wrażenie, że się topię. – Przebierajcie się chłopaki.
- To ja… Może… - zasłoniłam oczy.

- Nati – złapał mnie za rękę Morata, odsłaniając jedno oko. – Chodź.
- Nie ucieknij nigdzie – wyszczerzył się
Ángel.
W tym samym momencie zadzwonił mój telefon. Domyślając się, że dzwoni Sergi, szybko wyciągnęłam z kieszeni spodni telefon i wcisnęłam słuchawkę.
- Pani Natalia? – zapytał obcy mi głos.
- Tak, to ja – odpowiedziałam drżącym głosem. – O co chodzi?
- Sergi uległ wypadkowi samochodowemu – odparł mężczyzna. – Prosił, żebym panią poinformował.