Obudziłam się wtulona w mężczyznę, z którym zaszłam w ciążę. Długo nie mogłam w to uwierzyć. Patrząc na niego, uśmiechnęłam się. Śpi. Położyłam rękę na swoim brzuchu. W moim ciele rozwija się dziecko. Nasze dziecko.
- Podziwiasz mnie? - zapytał Sergi przyciągając mnie do siebie.
- Oj tak. - Delikatnie musnęłam go w usta.
- Musimy jechać na badania, wiesz? - Podniósł moją bluzkę i pocałował brzuch. Przymknęłam oczy.
- Jak tylko wstanę zadzwonię do lekarza. Jestem taka szczęśliwa...
- Kocham Was.
2 godziny później byłam już po pierwszej "ciążowej wizycie". Dowiedziałam się, że dziecko rozwija się poprawnie - i co najważniejsze - jest zdrowe.- Mów, skarbie! - jęknął Hiszpan, gdy tylko zobaczył mnie w drzwiach.
- Będziemy mieli synka! - powiedziałam, a wszyscy pacjenci nagrodzili nas brawami.
- Dobrze się facet postarał! - krzyknął któryś. Roześmiany Roberto pokłonił się.
- Będzie piłkarz - zasalutował.
- Akurat - prychnęłam.
- Zoba... - chciał dokończyć, ale przerwałam mu pocałunkiem.
- Chodźmy już. - Trzymając się za ręce wyszliśmy z budynku, kierując się w stronę NASZEGO auta. Gdy Sergi otworzył mi drzwi, wsiadłam do środka. Podczas gdy obchodził samochód, wyjęłam z szufladki radio i włożyłam je na poświęcone mu miejsce. Samochód wypełnił się hiszpańską muzyką i zapachem "Robertowskich' perfum.
- Jakieś życzenia? - powiedział przekręcając kluczyki w stacyjce.
- Tylko jedno. Chcę do Twojego białego pałacu.
- I co będziemy tam robić? - mruknął. Uśmiechnęłam się, unosząc brwi. - Jedziemy.
Chwilę później byliśmy już na podjeździe. Wysiedliśmy z auta i zamknęliśmy je za sobą. Sergi podbiegł do mnie i chwycił moją rękę. - Moja księżniczka - powiedział otwierając wejściowe drzwi.
- Krystian.
- Co? - Podszedł do mnie tak blisko, że dotykaliśmy się nosami.
- Nazwiemy go Krystian - odparłam dotykając brzucha.
- Nie zgadzam się.
- Mówisz? - Przygryzłam jego wargę.
- Aha - szepnął wsuwając język.
- Mam inne zdanie - powiedziałam odchylając głowę. Położyłam badawczo rękę między jego nogami. Uśmiechnęłam się. - Wygrałam?
- Dla Ciebie wszystko, skarbie... - Całował mnie w szyję, zjeżdżając niżej, po rowek między piersiami.
- Sergiusz - szepnęłam łamiącym się głosem. - Sergi... O Boże.
- Już, kochanie. - Wziął mnie na ręce i przeskakując po schodach co dwa stopnie, zaniósł w nasze ulubione miejsce.
Obudziłam się około godziny 19, gdy Roberto nie było już w łóżku. Wyciągnęłam się i przetarłam oczy. Wstałam, pozbierałam leżące obok łóżka ubrania i nałożyłam je na siebie. Z uśmiechem spojrzałam na łóżko. Było gorąco - pomyślałam. Schodząc po schodach usłyszałam śpiew dobiegający z łazienki. Zbiegłam i po cichu weszłam do środka. Usiadłam na sedes i słuchałam.- Blaaaugraana al veent, uun crit valeent...
- A Amore mio to już mi nie zaśpiewasz, co? - zaśmiałam się. Zdezorientowany Sergi uderzył głową w kabinę, czym rozbawił mnie do łez. - Kochanie, przestań już proszę, ja tu nie wytrzymam!
- Co.. jak Ty tutaj...? - Sergi trzymał rękę w miejscu, gdzie zderzył się z kabiną.
- Nie było Cię w łóżku. Dlaczego mnie nie obudziłeś? - Hiszpan wysunął rękę i machnął nią w stronę szafki, na której leżał telefon.
- Zobacz sobie. - Wzięłam go do ręki i odblokowałam. Na jego tapecie zobaczyłam siebie. Śpiącą siebie.
- Ty draniu! - Zaśmiałam się odkładając telefon i ruszając w sronę kabiny. - Zabiję Cię. - Otworzyłam ją i weszłam do środka. Przyciągnął mnie do siebie i pocałował namiętnie. - Jesteś cały mokry!
- A to Ci nowina, nie? - Odkręcił kurek i strumień zimnej wody zleciał wprost na mnie. Wybiegłam spod prysznica szybciej niż do niego weszłam.
- Teraz muszę się przebrać - jęknęłam.
- Jedziesz gdzieś?
- A Ty?
- Jadę na mecz. Będę grał na ławce, za to mi płacą - powiedział, a ja wybuchnęłam śmiechem.
- Ja jadę na miasto. Może kupię jakieś ciuszki dla małego.
- Czym pojedziesz?
- Wypożyczę auto - wzruszyłam ramionami.
- Weź moje, nie mam daleko.
- Dziękuję, odwdzięczę Ci się!
- Też Cię kocham! - krzyknął gdy już zamykałam drzwi łazienki.
Szybko pobiegłam się przebrać. Poprawiłam makijaż i po chwili byłam już na dole. Wzięłam w rękę torebkę, sięgnęłam po kluczyki i wyszłam z domu. Spojrzałam na Audi. Biały rumak. Bajka. Otworzyłam samochód, rzuciłam torebkę na pasażerskie siedzenie i zamknęłam drzwi, gdy tylko weszłam do środka. Taki zaszczyt to mnie jeszcze nie kopnął. Przekręciłam kluczyki i wrzuciłam wsteczny. Wjechałam na ulicę, wykręcając auto w kierunku centrum.
Po kilku minutach jazdy zaczęło kręcić mi się w głowie. Czułam pulsowanie w skroni. Przed oczami miałam czarną otchłań. Jedyne co widziałam to zamazane czerwone światło. Boże, dopomóż - modliłam się w. Nie mogąc wytrzymać bólu, który mnie towarzyszył, schowałam głowę w dłoniach i skuliłam się na siedzeniu. Zupełnie straciłam panowanie nad samochodem. Trzask! Samochód kilkakrotnie przekoziołkował w dół jakiegoś zbocza.
- NIE! BOŻE! - krzyknęłam gdy samochód zatrzymał się z hukiem uderzając jego lewą stroną o ziemię.

