poniedziałek, 14 lipca 2014

Rozdział 6


Przedzierając się przez szpitalne korytarze szukałam drzwi z numerem 43. Morata był ze mną. Tuląc mnie do siebie, powtarzał, że wszystko będzie dobrze. Że to nie moja wina. Ale czyja jak nie moja? Nie zatrzymując się wyciągnęłam z torebki tabletkę. Połknęłam ją nie popijając. 36, 37, 38… przyspieszyłam kroku. Sala, w której leżał Sergi, była niedaleko. Czego się spodziewać? Człowieka całego w gipsie? Człowieka w śpiączce? Człowieka w ogóle nie podobnego do siebie?
- Wszystko będzie dobrze – powtórzył po raz kolejny Alvaro, widząc moje zmartwienie.
- Akurat – mruknęłam i zatrzymałam się przed salą numer 43. – To tutaj.
- Uśmiechnij się, na pewno nie chce widzieć Cię smutnej.
- Dobrze – sztucznie uśmiechnięta weszłam do sali. Ku mojemu zdziwieniu stan Sergiego nie był tragiczny. Miał lewą rękę w gipsie i trochę obdartą twarz po tej samej stronie.

- Kochanie! – pisnęłam podbiegając do leżącego piłkarza. Pocałowałam go w prawy policzek, kiedy przyciągnął mnie do siebie zdrową ręką. – Przepraszam!
- To nie Twoja wina. Moja też nie – odpowiedział przeczesując moje włosy. – Cześć – wyciągnął rękę w stronę Moraty.
- Witam i o zdrowie pytam – uśmiechnął się piłkarz z Madrytu, ściskając dłoń Roberto.
- Nie jest źle tylko.. – spojrzał na gips – trochę się obdarłem.
- Kiedy wychodzisz? – spytałam głaszcząc jego policzek.
- Jeszcze dzisiaj. Muszą tylko sprawdzić, czy z głową wszystko okej. Welcome psychiatric!
- Panie Roberto – pielęgniarka wychyliła głowę zza drzwi. – Policja chciałaby spisać zeznania. Czy…
- Tak, niech wejdą – przerwał jej wiecznie uśmiechnięty Sergi. Odwzajemniła uśmiech i przepuściła stojących za nią policjantów.
- Dzień dobry, panie Roberto – odezwał się jeden z nich, podnosząc czapkę.
- Dla kogo dobry, dla tego dobry – odpowiedział zadzierając podbródek.
- Roozumiem. Czy mogliby państwo opuścić salę na czas przesłuchania? – zwrócił się do mnie i Alvaro drugi.
- Jasne, czemu nie – pocałowałam leżącego piłkarza w policzek. – Czekamy przed szpitalem.
Wychodząc z sali zrobiło mi się słabo, ciemno przed oczami. Poczułam skurcz w dolnej części brzucha. Oparłam się o ścianę, ściskając koszulkę.
- Natalia, wszystko w porządku? – zapytał przestraszony Morata, ściskając dłonie na moich barkach.
- Tak, tak – syknęłam z bólu. – Wszystko.. ok.
- A ja jestem piłkarzem Barçy – prychnął.
- Już mi lepiej – odepchnęłam się od ściany.
- Ile widzisz palców? – wyciągnął dłonie przed moje oczy.

- 11? – zaśmiałam się i dźgnęłam go w brzuch. – No chodź.
Siedzieliśmy na ławce, kiedy po dwóch godzinach czekania ze szpitala wybiegł Sergi.
- Odbijany – powiedział krzywo patrząc na Alvaro.
- Spokojnie, kocie – wstałam i zarzuciłam mu ręce na szyi, szepcząc do ucha – Twoja.
- Wiem – objął mnie ręką w talii. – Too kolego, podrzucisz nas do domu?
- Czemu nie? – uśmiechnął się Morati. – Ale wisisz mi samobója.
- Cwaniaczek – zaśmiał się Sergi. Zrobiłam to samo. Cudowne uczucie, widzieć dobre relacje dwóch piłkarzy z przeciwnych klubów.
- Pakujcie się – otworzył nam drzwi. Czarna Toyota wyglądała w środku tak samo pięknie jak na zewnątrz. Mogłabym taką mieć. Nigdy nie znudziłyby mi się te wygodne siedzenia ze skóry. W samochodzie unosiła się woń zapachu przymocowanego do klimatyzacji. Facet dbał o auto jak Ronaldo o sylwetkę.
Jechaliśmy półtorej godziny, słuchając radiowej muzyki i śmiejąc się z głupot. Takie towarzystwo na imprezie nigdy nie wróżyłoby katastrofy. Dzięki naszemu GPS’owi, Roberto, dojechaliśmy na miejsce. Samochód w końcu zatrzymał się, przed białym domem z basenem. Pierwsze wrażenie? Myślałam, że pomyliliśmy adresy.
- To na pewno tutaj? - zapytałam Sergiego.
- Dziękuję, też na niego nie narzekam – spojrzał na budynek. – A teraz chodź, pomieszkasz u mnie.
- Ale moje rzeczy.. wszystkie są w madryckim hotelu.
- Nie bój się księżniczko, wszystkie do Ciebie wrócą – złapał mnie za rękę i pociągnął na zewnątrz, zamykając za nami drzwiczki. Stanęliśmy przed wycofującą Toyotą i pomachaliśmy Moracie na pożegnanie. Sergi pocałował mnie w usta, gdy samochód jeszcze był do nas przodem. Prawdopodobnie chciał wzbudzić u Alvaro zazdrość.
- To tak się dziękuje za podwózkę? – przygryzłam jego wargę.
- Mogłem mu przyłożyć, ale miał większe szanse.. ręka.
- To tylko kolega. A teraz chodź, oprowadzisz mnie po Twojej szopce.
Dom był naprawdę niesamowity. Dominował kolor biały – podłogi, ściany, meble. Wszystko wyglądało jak z bajki. Domyślam się, że dom ulegał kilku remontom.
- Napijemy się czegoś? – zaproponował.
- Masz mrożoną herbatę? Dobrze by mi zrobiło coś chłodnego – usiadłam przy stole.
- Mam, bo czego ja nie mam – podszedł do lodówki.
- Chomikujesz?
- Dokładnie. Picz? – zaśmiał się wskazując na butelkę brzoskwiniowej Nestea.
- Tak – zaśmiałam się. Postawił na stole dwie szklanki z napojem i przysiadł się. Rozmawialiśmy o wszystkim i o niczym, dowiadując się o sobie coraz więcej, kiedy skurcz złapał mnie ponownie.
- Przepraszam, zostawię Cię na chwilkę samego.

Nie czekając udałam się z torebką do łazienki. Podejrzewałam wtedy wszystko. Zamknęłam za sobą drzwi. Wyciągnęłam zakupiony już w Polsce test ciążowy i zrobiłam co należało.
- Sergi.. ja.. – zaczęłam, wracając po dłużej nieobecności.
- Słoneczko, co się stało? Dlaczego nie było Cię tak długo? Wszystko ok? – przytulił mnie.
- Ja.. ja nie wiem – wyszeptałam ze łzami w oczach.
- Księżniczko – spojrzał mi w oczy kładąc ręce na talii.
- Nie wiem jak Ci to powiedzieć.
- Śmiało.. a co tam masz? – chwycił za moją dłoń, wyciągając powoli zaciśnięty w niej przedmiot. Spojrzał na niego, po czym wymacał z tyłu krzesło i upadł na nie.
- Ja.. przepraszam – wyszeptałam patrząc przez łzy w jego zamyślone oczy. – Przepraszam.
_____________________________________________
Wena mnie dzisiaj nie nawiedziła, no ale cóż. Trzeba było napisać, bo na wsi nie będzie jak.. Udanych wakacji życzę!:*